Ojciec Pio to święty kochający chorych

WSTĘP
Dzisiaj rozpoczniemy nasze spotkanie z Ojcem Pio od wspomnienia pewnego wydarzenia, które opisał komediopisarz włoski Luigi Antonelli (żyjący w latach 1882 - 1942):

"Powiedziałem chirurgowi Donatiemu: "Właściwie mam już za sobą średnią życia ludzkiego. To, co mógłbym jeszcze przeżyć, jest dodatkiem, z którego nie jestem skłonny zrezygnować. Proszę powiedzieć mi całą prawdę. Ile życia mi jeszcze zostało?".
"Z operacją sześć miesięcy, zaś bez operacji trzy" - usłyszałem. A zatem operujcie mnie. Nie można wyrzucić trzech miesięcy życia" - stwierdziłem.
Właśnie miałem się poddać operacji, gdy ktoś podsunął mi myśl, bym wybrał się do Ojca Pio.

Zasięgnąłem różnych informacji i dowiedziałem się z wielu źródeł, iż w klasztorze Ojców Kapucynów w San Giovanni Rotondo, 40 kilometrów od Foggii, mieszka zakonnik czyniący cuda.
Nie wiem, czy w moim przypadku użycie słowa `cud' jest właści­we z teologicznego punktu widzenia. Pojechałem do Ojca Pio. Byłem na odprawianej przez niego Mszy św. i w czasie spowiedzi długo z nim rozmawiałem. Nie potrafiłbym powtórzyć tego wszystkiego, co mi powiedział, ponieważ kiedy rozmawiał ze mną, zdawał się być w jakimś nieziemskim świecie. Wróciłem do domu. Znaleziony u mnie guz przestał powiększać się. Piszę jak zawsze. Co niedzielę w gazecie pojawia się mój artykuł. Chodzę na polowania. Od mie­siąca pracuję nad nową komedią, która za kilka tygodni wystawiona będzie w mediolańskim Teatro Manzoni.

Nie wiem, co o tym wszystkim myślą lekarze. Nie wiem, co wykazałyby zdjęcia rentgenowskie i biopsje, których zresztą nie mam zamiaru robić. Wiem tylko, że czuję się cudownie uzdrowionym".

Opowiedzieć o wszystkich uzdrowieniach dokonanych przez Ojca Pio - to rzecz nie do wykonania. Chyba nikt nigdy nie będzie w stanie spisać ich wszystkich, między innymi dlatego, że te, które znamy, są tylko malutką częścią dzieła Ojca Pio. Niewielu z ludzi, którzy szukali u niego i ratunku nie otrzymało oczekiwanej łaski.

Ojciec Pio był kapłanem wielkiego serca.
Tragiczne sceny, jakim przypa­trywał się każdego dnia, wstrząsały nim tak głęboko, że często wybuchał płaczem ściskając w objęciach chorych błagających go uzdrowienie.

Zdarzało się, że był szorstki podczas spotkań z ludźmi, nawet z dziećmi. Wymawiał mu to jego współbrat, o. Pellegrino. I wtedy Ojciec Pio wyjaśnił mu: "Zachowuję się tak, by pohamować moje wzruszenie. Na widok cierpiących chce mi się płakać, a wtedy nie mogę wypełniać mej misji".

Przyjaciel Ojca Pio Angelo Battisti zostawił takie oto świadectwo: "Ojciec Pio nie był panem swego czasu. Wszędzie oblegali go chorzy proszący o pomoc. Widząc ich cierpiał. Wiele razy powtarzał mi, że te prośby rozdzierały mu serce".

By uzyskać uzdrowienie chorych, którzy błagali go o ratunek, Ojciec Pio ofiarował Bogu własne cierpienia. Zapewniał o tym, Angelo Battisti.

Oto jego słowa: "Któregoś wieczoru zastałem Ojca Pio w opłakanym stanie. Nie miał nawet siły, by ze mną rozmawiać. Powiedziałem mu wtedy: "Ojciec troszczy się o wszystkich, ale nigdy o siebie samego. Ojciec powinien leczyć się w Domu Ulgi w Cierpieniu. Jutro będę w Rzymie i poproszę profesora Valdoniego i innych lekarzy, by Ojca zbadali".
Powiedział mi, żebym tego nie robił, i dodał:
"To nie są sprawy dla ludzi, mój synu. Za wszystko trzeba płacić. Muszę płacić za to wszystko, o co proszą mnie moje dzieci".

Zauważyliście, że Ojciec Pio nazywał wszystkich, którzy przychodzili do Niego po pomoc swoimi dziećmi. Dlatego mówi się, że w San Giovanni Rotondo i na całym świecie Ojciec Pio ma tysiące duchowych synów i córek, którym pomagał i pomaga także dzisiaj, ale teraz już z nieba. Szczególnie przez niego ukochanymi dziećmi byli ludzie mający chore ciało i cierpiący na duszy.

Jak wszyscy wiemy, Ojciec Pio urodził się w bardzo biednej rodzinie, przez całe życie żył bardzo ubogo i starał się pomagać wszystkim, szczególnie ludziom ubogim, a ponieważ w młodości umarła mu siostra, wiedział jak matki boleśnie przeżywają chorobę i śmierć swoich dzieci.

Pragnę wam opowiedzieć o wydarzeniu, które dokonało się, gdy Ojciec Pio był bardzo młodym kapłanem (pisze o tym polska pisarka, Maria WINOWSKA, w Prawdziwe oblicze Ojca Pio, s 41,42): Padre Pio spowiadał w pew­nym kościele we Włoszech południowych. Naprzeciw jego konfesjonału był ołtarz Najświętszej Maryi Panny, otoczony balaskami. Koś­ciół był pusty. Właśnie Padre Pio miał wychodzić, kiedy do kaplicy weszła kobieta z dzieckiem na ręku. Myśląc, że była to kobieta, która przyszłą do spowiedzi, Padre Pio zatrzymał się nieruchomo. Ona jednak nawet nie zauważyła jego obecności. Zwrócona do Matki Bożej nad ołtarzem podniosła w górę dziecko, by dobrze je pokazać. Był to niedorozwinięte, śliniące się bardzo zniekształcone dziecko.
"Madonna mia - powiedziała błagalnie - przychodzę Cię prosić, żebyś mi go uzdrowiła. Takie dziecko to hańba, czy nie widzisz" A więc uzdrów mi je!"

Trzymając dziecko w wyciągniętych rękach, czekała.
Padre Pio siedział jak skamieniały, bez drgnienia. Po chwili usłyszał znowu:
"Nie prosiłabym Cię o to, Madonna mia, gdybym nie wiedziała, że potrafisz to uczynić. Ale ja wiem, że możesz wszystko wyjednać u Boga. A zatem - Przecie mi nie odmówisz. Musisz mi je uzdrowić. Czy nie widzisz, jak czeka na to, biedactwo".

Kołysała je przed ołtarzem, żeby dobrze poka­zać nieporuszonej Madonnie. Tym razem milczenie trwało dłużej, wreszcie kobieta wybuchnęła: "Ostatecznie wysłuchaj mnie, Madonna mia! Moja prośba jest chyba godziwa, chodzi przecie o uzdrowienie mojego dziecka! Co mam z nim począć" Przypatrz mu się, uzdrów je jak najprędzej!" Głos kobiety stawał się coraz bardziej błagalny, po jej policzkach spływały ciężkie łzy. Ale Madonna nie odpowiadała.

Wtedy kobieta nagłym ruchem prze­rzuciła dziecko ponad balaskami na ołtarz, wołając:
"Nie chcesz, to dobrze! Oddaję ci je! Zatrzymaj je sobie, albo mi je zwróć wyleczone! Teraz moje dziecko należy do Ciebie...".
Padre Pio omal nie krzyknął: naprzeciw niego, na ołtarzu, dzie­ciątko wyprostowało się, jego zniekształconą twarzyczkę prze­niknęło światło, martwe oczy ożywiły się. "Mamma! Mamma!" - zaszczebiotało maleństwo. Z dzikim okrzykiem radości kobieta przeskoczyła przez balaski, chwyciła dziecko i okrywając ołtarz pocałunkami wołała: "Dziękuję, Matko Boża, dziękuję! - po czym wybiegła, tuląc swój skarb do serca.

Kochane dzieci, dobrze, że wtedy był w kościele Ojciec Pio, że on kochający dzieci, poparł tę mamę proszącą Maryję o cud!

Dobre i kochane przez wszystkich dzieci!

Teraz w myślach przenosimy się do San Giovanni Rotondo. My możemy także, jak Ojciec Pio, pomóc tym, którzy proszą Boga o pomoc. Spróbujmy zamknąć oczy, pomyśleć o ludziach, o których wiemy, że proszą Pana Boga o zdrowie, o dar znalezienia pracy, czy też o pomoc w różnych dobrych sprawach. ....

A teraz razem módlmy się w intencji tych osób razem z Ojcem Pio:
Ojcze nasz.....

Kochane dzieci! Na koniec mam do was prośbę:
Proszę o modlitwę w intencji tych ludzi, którzy proszą o modlitwę przez wstawiennictwo Ojca Pio. Tych ludzi wy nie znacie, ale w domu, wieczorem postarajcie się razem z rodzicami odmówić jedno Ojcze nasz w intencji proszących Boga o pomoc.
Abyście pamiętali o wypełnieniu mojej prośby, udzielę Wam i tym, których najbardziej kochacie - waszym rodzicom (pomyślcie teraz o nich) błogosławieństwa.
Pan z Wami....
Niech Was i waszych rodziców błogosławi Bóg Wszechmogący + Ojciec i Syn, i Duch święty.
Amen.
Do zobaczenia.... (jutro... o godz..... )
Opr. br. Bogusław Piechuta OFMCap