Otóż po raz pierwszy w historii beatyfikacji, tak wielka liczba uczestników zjawiła się w Rzymie, by uczestniczyć w wydarzeniu apoteozy - wyniesienia na ołtarze - naszego współbrata nazywanego "spowiednikiem Włoch".
Była to
beatyfikacja z "bilokacją" - po raz pierwszy przeżywana w kilku miejscach dzięki i obecności tam Ojca świętego, i dzięki łączności telewizyjnej. Wierni zgromadzeni na Placu świętego Piotra, na Placu przed bazyliką św. Jana na Lateranie i w San Giovanni Rotondo, łączyli się duchowo i wizualnie ze sobą, trwając na modlitwie dziękczynienia razem z Ojcem świętym, Janem Pawłem II.
Nasze pielgrzymowanie to podjęcie zabiegów by dojrzeć do zrozumienia powołania i szczególnego wybrania Padre Pio - Ojca Pio.
Szukaliśmy korzeni jego formacji - dlatego nasz pobyt na Alwerni, gdzie

święty Franciszek z Asyżu otrzymał stygmaty, dlatego nasza całodzienna obecność w Asyżu, miejscu jego narodzin i śmierci.
Kiedy zaś wędrowaliśmy uliczkami Pietrelciny, zaglądając do domu narodzin Ojca Pio, Jego bezgraniczne zawierzenie Bogu, "uparte" dążenie do zjednoczenia z Chrystusem ukrzyżowanym stawało się bardziej zrozumiałe. Surowy klimat, ziemia wymagająca olbrzymiego zaangażowania i pracy człowieka, by wydać owoce i górski krajobraz warunkowały bezgraniczne zawierzenie Bogu ludzi tamtego regionu Italii.
San Giovanni Rotondo natomiast, to dzisiaj całkiem odmienne miasto, niż w czasach działalności O.Pio, który po 50 latach apostolstwa przez Sakrament Pojednania w kościele zakonnym Braci Kapucynów, odszedł do Pana 23 września 1968 roku.

Dzisiaj jest to miasto - sanktuarium, miasto w budowie. Miasto parkingów, hoteli, hotelików restauracji, kawiarni - a wszystko żyje wielkością Ojca Pio. Żyje dla pielgrzymów przybywających do grobu Ojca Pio. Żyje też z pielgrzymów, którzy zostawiają tutaj pieniądze i to duże pieniądze, a zabierają ze sobą doświadczenie modlitwy, pociechę serca, czasem i dar wysłuchania modlitwy zanoszonej do Boga przez wstawiennictwo Ojca Pio.
Olbrzymi portret nowego błogosławionego, wielkiego charyzmatyka, wieńczył fronton kościoła, który jeszcze w czasach Ojca Pio, zbudowany został, by pomieścić przybywających do klasztoru Kapucynów pielgrzymów pragnących skorzystać z daru pojednania w Sakramencie Pokuty, klękając przy kratkach konfesjonału, w którym zasiadał O.Pio.
Śmierć Ojca Pio nie powstrzymała rzeszy spragnionych kontaktu z charyzmatykiem obdarzonym darami otrzymanymi od Pana, zaskakującym nie tylko prostych ludzi, ale także elitę intelektualną Włoch i Watykanu.
Jan Paweł drugi spotkał się z Ojcem Pio wielokrotnie: jako kapłan, biskup i papież, ale szczególnym spotkaniem był list skierowany do O.Pio, w którym biskup Karol Wojtyła prosił o modlitewne wstawiennictwo przed obliczem Boga, zatroskany o zdrowie chorej na raka dr Wandy Półtawskiej (lekarza z poradnictwa rodzinnego przy Kurii biskupiej w Krakowie, byłej więźniarki obozów koncentracyjnych z czasów II wojny światowej, matki czworga córek). I w tym przypadku owocność modlitwy Ojca Pio była wystarczająco skuteczna. Dr Wanda Półtawska powróciła do zdrowia - świadczy o tym list dziękczynny skierowany do O.Pio już w 11 dniu po wysłaniu prośby.
Corocznie zwiększa się liczba pielgrzymów przybywających do grobu Ojca Pio - bracia Kapucyni, budują aktualnie olbrzymią świątynię, która ma pomieścić wszystkich, którzy chcą w San Giovanni Rotondo modlić się przy Grobie świętego Brata Franciszkowego.
By zrozumieć wydarzenie z dnia 2 maja 1999 roku z Placu świętego Piotra, które zanim nastąpiło nazwano
"BEATYFIKACJĄ TYSIĄCLECIA", trzeba sięgnąć do dzieła Ojca Pio, do faktu Grup Modlitwy, których zadaniem jest wspierać Ojca świętego w jego działalności apostolskiej i dzieło Ojca Pio określane jako "Casa Sollievo della Sofferenza" - (Dom ulgi w cierpieniu).

Tysiące Grup Modlitwy Ojca Pio z całego świata "chciało" uczestniczyć w uroczystości ogłoszenia przez papieża Jana Pawła II błogosławionym kapłana i "brata, który spowiada", który "zrodził" i wychował setki tysięcy duchowych synów i córek mieszkających na wszystkich prawie kontynentach i we wszystkich krajach.
Informacje związane z beatyfikacją, które docierały do Polski, często były sprzeczne ze sobą. Jedno tylko było pewne: w beatyfikacji weźmie udział wielka liczba uczestników, których Plac świętego Piotra nie będzie w stanie pomieścić.
Również tereny wokół Watykanu mają być całkowicie wyłączone z ruchu autokarowego, zatem trzeba przemyśleć sposoby dotarcia z miejsca noclegu na beatyfikację.
Wielką pomocą dla nas była obecność naszych polskich braci kapucynów w Kurii Generalnej w Rzymie:
O. Tadeusza Bargiela (Definitora generalnego) i
brata Jacka Dębskiego (asystenta O. Raniero Cantalamessy - kaznodziei apostolskiego). Oni załatwiali nam noclegi i bilety na Plac św. Piotra na beatyfikację. Dzięki nim otrzymaliśmy bilety z miejscami siedzącymi, z doskonałą widocznością zarówno ołtarza papieskiego jak i ekranów wspomagających przeżywanie beatyfikacji.
Wspierał nas również sam Ojciec Pio. Mimo, że prawie wszystkie ulice prowadzące w kierunku Watykanu były zamknięte dla autokarów nam udało się dostać (o godz. 6.15) naszym autokarem bezpośrednio do miejsca, gdzie była pierwsza kontrola pielgrzymów udających się na Plac św. Piotra. Wszyscy uczestnicy beatyfikacji musieli posiadać indywidualne bilety i okazywać aż czterem kontrolom. O godzinie 6.45 zasiedliśmy już na swoich krzesłach i wraz z zgromadzonymi tam pielgrzymami przeżywaliśmy czas oczekiwania na Mszę świętą, która miała rozpocząć się o godz. 9.30.
Prawdziwą pomocą w przeżywaniu beatyfikacji były otrzymane przy wejściu na Plac św. Piotra książeczki z pełną liturgią beatyfikacji i Mszy św.
(z niektórymi informacjami w języku polskim). Można było zatem śledzić teksty modlitw i włączać się w śpiewy. Czas oczekiwania wypełniony był przygotowaniem śpiewów i informacjami podawanymi w kilku językach
(także w polskim przez br. Jacka Dębskiego).
Tak jak w Polsce, na ekranach telewizorów, tak też i my znajdujący się na Placu świętego Piotra, mogliśmy wpatrując się w olbrzymie ekrany podziwiać te tłumy wypełniające stopniowo cały Plac św. Piotra, następnie Via Conciliazione - aż po Zamek Anioła i okoliczne uliczki wokół Watykanu, a także Plac na Lateranie, czy teren wokół kościoła w San Giovanni Rotondo. Stopniowo, w miarę jak zbliżała się godzina rozpoczęcia liturgii rosło napięcie wśród zgromadzonych. Pojawienie się orszaku liturgicznego i Ojca świętego wywołało entuzjazm rzesz wiernych. To Jan Paweł II wdzięczny Bogu za dar Ojca Pio chciał ogłosić Go, jeszcze przed jubileuszem 2000, błogosławionym, a
ogłosi Go zapewne świętym w Roku Jubileuszowym.
Oklaski i wyrażana okrzykami radość półtoramilionowej rzeszy wiernych, rozchodziła się echem po całym Rzymie. Kulminacją radości, były słowa Ojca świętego ogłaszające wszem i wobec fakt beatyfikacji brata kapucyńskiego - błogosławionym. Długo niemilknący huragan braw, rozchodzący się falami po okolicznych uliczkach, powracał jak echo, gdzieś z daleka, aż spod zamku Anioła, na Plac św. Piotra. Ta niesamowita dyscyplina wielkiej rzeszy, nas zadziwiała. Radość i zdyscyplinowanie. Życzliwość i serdeczność, tu na Placu, wcześniej w mieście i po beatyfikacji, na ulicach wokół Watykanu.
Łzy radości udzieliły się i nam. Coś ściskało za gardło. Te olbrzymie rzesze przyszły, kierując się miłością ku człowiekowi, kapłanowi - naszemu współbratu, który sam niczego nie mając - prócz stygmatów (znaków Męki Chrystusa w boku na stopach i rękach) milionom ludzi w świecie wypraszał u Boga łaskę nawrócenia, dar powrotu do zdrowia, pojednanie w rodzinach, a w serca wlewał nadzieję trwania w dobrym.
Później, w czasie Mszy św. wyciszenie (niezwykłe w przypadku Włochów) i modlitwa, komunia setek tysięcy ludzi na Placu i poza nim. Jak to doskonale było zorganizowane!
Po Mszy świętej Ojciec święty odleciał białym helikopterem, by poprowadzić modlitwę Anioł Pański, wobec zgromadzonych wiernych na Placu przed Bazyliką św. Jana na Lateranie. Wierni pozostający na Placu św. Piotra (a razem z nimi i my) uczestniczyli w tej modlitwie dzięki wielki ekranom ustawionym na Placu św. Piotra.
Ponad godzina musiała upłynąć zanim udało się nam wydostać poza ulice wypełnione tłumami, by wsiąść do autokaru, który po nas przyjechał z kampingu na umówione miejsce (teraz też nie musieliśmy wracać ani metrem, ani tramwajem - tu też wspomógł nas O.Pio).
fr. Bogusław Piechuta OFMCap