Odzyskał mowę
"Najdrożsi, w pierwszej kolejności dziękuję Wam, za to wszystko co dla mnie uczyniliście, przede wszystkim za to, że byliście moim życiem: wszystko co robiłem, robiłem zawsze przez Was i dla Was. Miłość, jaką dla Was żywiłem, sprawiła, że odkryłem nieskończoną Miłość Boga, a przez Niego radość z posiadania Rodziny, pracy i życia. Wielka i pełna była moja Miłość, podziw i szacunek dla mej Małżonki, matki moich drogich Dzieci, których proszę o wybaczenie jeżeli czasami byłem szorstki i gderliwy. Wiedzcie jednak, że zawsze bardzo Was kochałem, ponieważ - wraz z Waszą Mamą - byliście dla mnie wszystkim w tym moim ziemskim życiu".

Jest to testament inżyniera Attilio Mazzoni, od pierwszej połowy lat sześćdziesiątych syna duchowego Ojca Pio, zmarłego 24 lutego 1993 roku: "Z wielką pogodą - mówi żona Maria Rosa Lucchesi - i dziękując zawsze Ojcu Pio za podarowanie mu jeszcze piętnastu lat życia, pełnych radości i wielkich satysfakcji, również na płaszczyźnie zawodowej. Ale przede wszystkim za to, że widział jak rosły i rozwijały się jego dzieci, tak że mógł zostawić je już prawie dorosłymi". To wszystko dzięki cudowi, jaki sprawił Zakonnik z Pietrelciny w lutym 1978 roku.

Poznawszy, wraz z żoną, Ojca Pio w 1962 roku, inżynier Attilio zaczął bywać w klasztorze i kościele w San Giovanni Rotondo, prosząc Kapucyna o rady i kierownictwo. "Nasza pierworodna, Elisabetta - opowiada żona - dostąpiła tego wielkiego przywileju otrzymania Pierwszej Komunii z rąk samego Ojca Pio, wraz ze mną i moim mężem, który wówczas poprosił o to, aby mógł zostać jego synem duchowym, i który zgodził się na to".
Ale oto i pasjonujące opowiadanie o niewytłumaczalnym, z punktu widzenia medycyny, uzdrowieniu pana Mazzoni, mającym miejsce, jak już wspominaliśmy, w lutym 1978 roku.

Kiedy pojawiły się pierwsze objawy choroby, w sierpniu 1977 roku, inżynier, który urodził się w Prato 16 listopada 1928 roku, miał 49 lat. Natychmiast poddaje się on badaniu rentgenowskiemu w szpitalu w Prato, a następnie we Florencji, ale diagnoza jest identyczna: rak lewego płuca, jak to można przeczytać w kartotece przechowywanej w archiwum szpitala Borgo Tremo w Weronie, gdzie był on hospitalizowany oraz w dokumentacji, która znajduje w kasie świadczeń emerytalnych i rentowych związku inżynierów w Rzymie.
"Nie przekonani i nie dowierzający w tragiczną rzeczywistość - wspomina żona - powtórzyliśmy wszystkie badania w szpitalu Borgo Roma w Weronie u profesora Pistolesi, który uważany był za jednego z największych autorytetów w dziedzinie badań rentgenowskich we Włoszech i na świecie".

Ale profesor potwierdza straszliwą diagnozę swych kolegów z Prato i z Florencji, i informuje rodzinę, że rozwój choroby spowodował, że nowotwór jest już nieoperowalny i że nic już nie da się zrobić.
"Kiedy jednak ten słynny lekarz - wspomina ze łzami w oczach pani Mazzoni - zauważył, że zachwiałam się pod ciężarem jego słów, zrozpaczona z powodu potwierdzenia straszliwej diagnozy, odpowiadając na moje, przetykane łzami stwierdzenia, że - jeśli to konieczne - jesteśmy gotowi udać się gdziekolwiek, do Ameryki, a nawet na koniec świata, aby tylko ratować mego męża, chcąc mnie uspokoić, dał mi adres i nazwisko wielkiego specjalisty, ordynatora Oddziału Chirurgii Klatki Piersiowej ze szpitala Borgo Trento: profesora Giuseppe Besa, do którego skierował mnie na ostateczną konsultację".

Pani Maria Rosa Lucchesi nie każe sobie tego powtarzać dwa razy i natychmiast zamawia wizytę. Profesor, po obejrzeniu wyników badań, zarządza natychmiastową hospitalizację jej męża na swoim oddziale nie wypowiadając się co do możliwości ewentualnego zabiegu chirurgicznego.
"Po około dwóch tygodniach - opowiada kobieta, która jest matką sześciorga dzieci, które wówczas miały od osiemnastu do sześciu lat - szczegółowych i specjalistycznych badań klinicznych, pewnego wieczoru, profesor Besa wchodząc do pokoiku, w którym leżał mój mąż, zawiadomił nas, że zoperuje go następnego dnia rano".
Słysząc to, wielki strach ogarnął pana Attillio i jego rodzinę: nadzieja na wyzdrowienie ustępuje natychmiast świadomości co do rozległości zmian nowotworowych i wielkich trudności, jakie przedstawia planowana operacja, a zatem i małych szans na jej powodzenie.

"Tym, który dodawał wszystkim odwagi był właśnie mój mąż - wspomina kobieta. - Zaledwie wyszedł z sali profesor Besa, Attilio powiedział nam, że poczuł niezwykle intensywny zapach kwiatów i zapytał mnie, czy i ja go poczułam". Jego żona, kobieta praktyczna i silna, prawdopodobnie popatrzyła na niego ze współczuciem, i choć nic nie czuła, rlie miała jednak odwagi się mu sprzeciwić. "Mój mąż - dodaje Maria Rosa - szczęśliwy i bardzo wzruszony, powiedział mi: "To zapach Ojca Pio, jest to z pewnością znak, że jest on przy mnie".
Następnego dnia, wczesnym rankiem, inżynier Attilio Mazzoni zostaje poddany operacji.
Jest już jesień i białe, antyczne kamienie Werony zabarwiają się kolorem liści, które spadając z drzew tworząc barwny dywan.
Sezon artystyczny zakończył się co dopiero, ale sezon turystyczny w mieście Romea i Julii trwa nadal, bulwary i mosty rzeki Adige, przecinającej na pół miasto, pełne są, przechadzających się beztrosko turystów, podziwiających uroki jesiennego krajobrazu.

Tymczasem w szpitalnych murach, zawieszony pomiędzy życiem i śmiercią, na stole operacyjnym podczas niezwykle trudnego zabiegu, walczy o życie Attilio.
Kiedy wieziony jest on na salę operacyjną jego twarz nie wyraża jednak strachu czy zmartwienia, ale jest dziwnie pogodna, mają okazję odnotować to wszyscy, którzy są w jego pobliżu. Towarzysząca mu żona stara się, aby nie wymknęła jej się ani jedna łza; dzieci są w szkole, ale towarzyszą ojcu modlitwą i czekają niecierpliwie na wyniki operacji.

Wszystkim wydaje się, że operacja trwa całą wieczność.
"Po nie kończącym się oczekiwaniu - opowiada kobieta - na korytarzu pojawił się profesor Besa: był bardzo poważny, co wzbudziło moje obawy. Podeszłam do niego, aby dowiedzieć się o wynik operacji, ale przerwał mi szorstko, mówiąc: "Czego się pani spodziewała? Wszystkie przewidywania potwierdziły się! Zrobiłem wszystko co było w mojej mocy, ale pani mąż ma już mnóstwo przerzutów i może pożyć już tylko kilka miesięcy". Dodał też, że Antonio stracił głos: "Musieliśmy przeciąć nerw"".

W tym momencie unicestwione zostają ostatnie wątłe nadzieje, jakie towarzyszyły do tej pory kobiecie, a wraz z nimi opuszczają ją siły, niezwykle boleśnie odczuwa ona swą niemoc wobec strasznej choroby. Zaczyna pojawiać się myśl, że będzie musiała sama zatroszczyć się o byt swej licznej rodziny ( sześcioro dzieci).
Postanawia jednak nie ujawniać mężowi prawdy: "Aby mógł on - wyjaśnia nam - jak najlepiej spędzić z nami te ostatnie chwile, jakie mu pozostały. Czułam się - wyznaje - naprawdę zdesperowana", możemy bez trudu jej uwierzyć. Po około dwóch tygodniach rekonwalescencji pooperacyjnej, małżonkowie Mazzoni wracają do domu, do Prato. Stan zdrowia inżyniera pogarsza się jednak z dnia na dzień, również dlatego, że dołączają się komplikacje pooperacyjne: "W tym okresie - opowiada kobieta zdławionym ze wzruszenia głosem - mój mąż spędzał prawie cały czas w łóżku i ponieważ utracił głos, położyliśmy mu przy łóżku dzwonek, aby mógł nas wzywać w razie potrzeby".
Tak upływają cztery miesiące. Wokół chorego trwa prawdziwy wyścig solidarności wśród jego dzieci, pomimo iż chcąc przygotować je do nieuniknionej, bolesnej rozłąki, Maria Rosa zachęca je, aby nie rezygnowały ze swych zwykłych zajęć, starając się w ten sposób nie pogarszać jeszcze, już i tak ciężkiej, atmosfery, którą oddycha rodzina.
Najstarsze z dzieci prawdopodobnie orientują się, że stan zdrowia ojca nie polepsza się ani trochę, ale kobieta nie pozwala sobie na ani jeden moment słabości, reprezentując ogromny hart ducha i wytrwałość.
Pierworodna córka, Elisabetta, która jest już dorosłą panienką, bierze na siebie obowiązek zajmowania się młodszym rodzeństwem, a zwłaszcza siedmioletnim pieszczoszkiem rodziny, który wydaje się być najbardziej ze wszystkich wstrząśnięty tą sytuacją: przyzwyczajony do zabaw z ojcem i do jego pieszczot, nie może pogodzić się z tym, że wesoły i energiczny, zawsze gotów do żartów i zabaw, mężczyzna całymi dniami leży w łóżku nieruchomy i niemy.

Mężczyzna spędza całe do południa w ciszy pustego domu, modląc się, gdyż nigdy nie zabrakło mu wiary i zaufania w stosunku do Dobrej Tajemnicy, która wszystko czyni. "Jeśli przydarzyło mi się właśnie to - myśli on - jest tak z przyczyn, których nie znam, ale jest to z pewnością dla mojego dobra oraz dla dobra mojej rodziny".
Kiedy dzieci wracają ze szkoły woła je do siebie, ponieważ chce je widzieć i słuchać, mimo iż męczy go to bardzo, chce znać ich wrażenia, uczucia, rozumowanie, wiedzieć czego nowego się nauczyły, dzieląc z nimi entuzjazm, radości, rozczarowania, projekty na przyszłość. Wie, że jest z nim bardzo źle, ale nie rezygnuje ze swej roli ojca.

Żona, ze swej strony, wspiera męża i biegnie na każdy jego dzwonek, tak jakby miał być to już ostatni. Ale najgorsze są wieczory i noce. To właśnie wtedy bezradność wobec choroby i melancholia atakują małżonków: nikt nie wie, ile miłości i czułości wyrażają sobie wzajemnie w tych ciężkich chwilach, aby pomóc sobie w przezwyciężeniu tej strasznej próby.
Jest przy nich blisko także ich przyjaciel z dzieciństwa, księgowy Sergio Coppini z Prato, którego w przyszłości, z powodu ciężkiej choroby i konieczności delikatnego zabiegu operacyjnego skierują do tego samego profesora Besa (1985 rok) i który może potwierdzić wszystkie etapy i wydarzenia z tamtych dni.
Wydarzenia, które tu przedstawiamy, to co się wydarzyło w tej rodzinie, nacechowane jest niezwykłością i kobieta opowiada o nich całemu światu, mogąc w ten sposób dać świadectwo temu, że osobiście była ona świadkiem cudu.

"W sobotę rano - opowiada Maria Rosa - podczas gdy zajmowałam się porządkami domowymi, usłyszałam, że wzywa mnie Atti (mąż), ale nie jak zazwyczaj za pomocą dzwonka, tylko wymawiając moje imię swym donośnym głosem. Nie potrafię wam opisać moich emocji i, przyznaję to, niedowierzania, że to właśnie on wymówił moje imię".

Kobieta odrywa się od prac domowych i biegnie pośpiesznie do sypialni, zgrzana, w fartuchu, z podwiniętymi rękawami, które w biegu opuściły się aż do łokci, z włosami w nieładzie. Jej twarz ma purpurową barwę i to nie tylko z powodu wysiłku fizycznego: to z powodu tego "głosu", który zawołał ją, wymawiając jej imię po raz pierwszy od czterech nie kończących się miesięcy ciszy. Głos, którego wydawało jej się, że nie słyszała już od wieków i którego nie miała nadziei już nigdy usłyszeć. Pogodziła się już była z jego brakiem, chociaż niesłychanie za nim tęskniła, uważając za przesądzone to, że nie usłyszy go już nigdy i starając się o tym nie myśleć: tak jak we wszystkich sprawach ludzkich, jak wiadomo, czas, powoli, leczy rany.

"Czy to prawda - pyta się sama siebie, biegnąc z pokoju do sypialni - czy tylko to sobie uroiłam? A jeśli to jego łabędzi śpiew?", dręczy się na próżno. Ale natychmiast po wejściu do sypialni, opuszczają ją natychmiast wszystkie wątpliwości: widzi swego męża siedzącego w łóżku, z głową opartą o stos poduszek, wpatrującego się w nią z niezwykłą intensywnością wzrokiem przepełnionym radością. Kobieta patrzy na niego zdumiona, ale nie ma czasu nawet wymówić jednego słowa, gdy Attilio wita ją swym pięknym, silnym głosem. Wtedy Maria Rosa rzuca mu się w ramiona, jak w czasach gdy byli jeszcze narzeczonymi, szczęśliwa, jak nie była już od nie wiadomo jak dawna i krzyczy z radości i wzruszenia, chociaż nie zapomina o jego chorobie i stara się go nie męczyć.

Przeżywa niesłychane zdziwienie, kiedy słyszy, jak wyjaśnia on jej, jak gdyby nigdy nic, że to Najświętsza Dziewica za wstawiennictwem Ojca Pio, udzieliła mu tej łaski, w dniu Jej poświęconym, w sobotę.
"Od tamtego momentu - opowiada - rozpoczęła się jego rekonwalescencja, a po kilku dniach był już zupełnie zdrowy (prawdziwy cud! ), tak że zaczął chodzić do pracy i wykonywać swój zawód jak poprzednio".
Jesteśmy w lutym 1978 roku, wiadomość o tym rozchodzi się, dzieci odżywają i opowiadają przyjaciołom o tym, co się wydarzyło, co wprawia w zdumienie wszystkich, którzy się o tym dowiadują; mnóstwo osób przychodzi, aby go odwiedzić i na własne oczy zobaczyć cud i zmartwychwstałego pana Mazzoni.
"Następne piętnaście lat - kończy Maria Rosa z oczyma pełnymi łez - mój mąż przeżył w dobrym zdrowiu, pracując na pełnych obrotach, tryskając energią, dając z siebie wszystko, również w swym zawodzie".

Od tamtego roku, inżynier Manzoni nabiera zwyczaju udawania się trzy, cztery razy w roku do San Giovanni Rotondo, aby modlić się przy grobie Ojca Pio, dziękować Matce Bożej Łaskawej i Dzieciątku Jezus, do których żywił szczególne nabożeństwo, za tę olbrzymią łaskę, jaką otrzymał. "W tej niezapomnianej i niesłychanie bolesnej, fazie naszego życia - mówi ze wzruszeniem Maria Rosa - znaleźliśmy pocieszenie, dzięki olbrzymiej wierze i zaufaniu mojego męża do Ojca Pio, Matki Bożej Łaskawej i Dzieciątka Jezus. Jego przestanie i nauka płynąca z tych wydarzeń, pobudziły mnie, moje dzieci i przyjaciół do tego, aby żyć tak jak on, pobożnie i pogodnie i aby wierzyć w olbrzymią dobroć Ojca Pio, w jego cuda i w pewne zwycięstwo Dobra nad złem, w imię Jezusa Chrystusa".