|
Stygmaty Padre krwawią...
W 1956, 12 lat przed śmiercią Ojca Pio
czołowy dziennikarz włoski, Orio Vergani pusał: stygmaty Padre Pio krwawią od trzydziestu ośmiu lat Terminem STYGMATY określa się rany
pojawiające się bez zewnętrznej przyczyny na
dłoniach, stopach, i w boku, a przypominające
rany ukrzyżowanego Chrystusa
Czy można to nazwać naukową zagadką? Kościół w tej kwestii zdeklaruje się dopiero "Post mortem ". Dopiero wówczas wyrazi swój sąd na temat zdumiewających faktów, jak i pokornego życia ojca Francesco Forgione. Być może kiedyś wioska San Giovanni Rotondo stanie się równie znana jak Lourdes, a nasze prawnuki będą tu przyjeżdżać, by uczyć się o życiu Francesco Forgione; tak jak nasi dziadkowie, którzy przeczytawszy Huysmansa i Zolę jechali do Lourdes, małej wioski w Pirenejach. Tam słuchali historii o Bernadecie Soubirous, której Maryja ukazała się w grocie, mówiąc: "Jestem Niepokalanym Poczęciem!" Aby przypomnieć tamte dni skonstruowano dioramę, ukazując scenę objawień z cechami charakterystycznymi dla wiejskiego krajobrazu za czasów Bernadety. Być może coś w tym stylu powstanie i w San Giovanni Rotondo za pięćdziesiąt lub sto lat, w celu ukazania, jak to wszystko wyglądało w 1918 roku, jak wtedy żył oraz nadal żyje w świętej, dobrej pokorze Francesco Forgione. Jeśli pewnego dnia Kościół uzna to, co dziś mówią ludzie, to znaczy, że jest on święty, moi wnukowie i prawnukowie najprawdopodobniej wynajdą starą wersję Corriere i przeczytają ją z tym samym zainteresowaniem, z którym ja dziś sięgnąłbym po artykuł mego pradziadka, datowany: "Lourdes, 11 luty 1858", w którym byłaby opowiedziana historia pierwszego objawienia Maryi małym pastuszkom. Skoro mowa o 20 września 1918 roku, tym wielkim, tajemniczym dniu, to jestem oszczędny w przymiotnikach, gdyż wiem, czego Kościół wymaga od katolickich pisarzy opisujących takie przypadki jak właśnie Francesca Forgione. Nie wolno powoływać się na żadne autorytety oprócz czystych świadectw. Mogę tylko powiedzieć, że tego dnia, w małym kościółku kapucynów w San Giovanni Rotondo, Francesco Forgione, znany w religii jako Padre Pio di Pietrelcina, ukazał braciom, z którymi służył do Mszy, dłonie naznaczone krwią stygmatów. Od 1918 roku na świecie wiele się zmieniło, podobnie jak w tej małej wiosce; wiosce, ukrytej na odludziu zachodnich stoków Monte Gargano. Tylko jedna rzecz nie zmieniła się tam w górze; pięć ran Padre Pio. Nie miałem szczęścia uczestniczenia w wydarzeniach z września 1918 roku, ale to czego potem doświadczyłem, też nie było wytworem mej imaginacji. Nasuwają się tu pewne paralele. Góra Karmel i wzgórze, z którego Pan wygłosił kazanie, gdy je widziałem, miały ten sam jałowy, kamienny wygląd, tę samą przenikliwą, desperacką samotność. Te krajobrazy inspirują wyłącznie do medytacji i ucieczki. Tak jak w Afryce ducha "porywa piasek", tak tu, wydaje się, że nie oświecony modlitwą, obrócisz się w kamień i proch, aż w końcu powoli umrzesz z pragnienia. Ktokolwiek tu przybył w poszukiwaniu starodawnej kryjówki eremitów, nie potrzebował spoglądać dalej. Prawdę powiedziawszy, nawet jeśli tubylcy opowiadają mi, że zaszło tu wiele zmian, zaraz pocieszam się. W 1956 roku, porównując krajobraz do 1918 roku, a i nawet do stu lat wcześniej, jego zaduma i tragiczne znaczenie nie mogły się mocno zmienić, nie w tym nieuleczalnym ubóstwie. Są mnisi mniej i bardziej świadomi otaczającego ich świata. Najprawdopodobniej ci najlepsi nie mają oczu, które widzą otoczenie; faktem jednak pozostaje, że widok z klasztornych okien, jako twór Wszechmocnego, zawiera zupełnie inne aspekty w przypadku San Giovanni Rotondo niż dla mnichów, powiedzmy z Cervaia czy Portofino. Ten krajobraz jest okrutny, odpowiedni dla św. Antoniego, aby mógł poddać testowi swe oddanie zanim uda się na pustynię. Droga do raju jest bardzo długa; jest nużącą, pokutniczą ucieczką. Ten, kto tu mieszka, potrafi pokochać tę jałową i gorzką ziemię, w którą zimą głęboko wgryza się mróz, a latem pali słońce; ale gdy pytam kogokolwiek z okolicy o nazwę jakiegoś wzgórza czy szczytu, nikt nic nie potrafi mi powiedzieć, jakby z nędzy utracili pamięć. Co myślał Francesco Forgione docierając przez wieloma laty do kresu podróży? Nie było wtedy dobrych dróg ani samochodów, a jedynym środkiem transportu był tu muł. Jednak mnisi chadzali pieszo lub prosili o podwiezienie wolno toczącym się w górę wozem, wzniecającym tumany kurzu. Tam na górze znajdowali mały kościół, klasztor z dwunastoma celami, małe podwórko ze studnią, duże pomieszczenie, gdzie nauczano dzieci katechizmu; w końcu pożywienie zebrane od dobroczyńców, składające się z niewielkiej ilości oleju, orzechów i garstki mąki. Z daleka klasztor ten wygląda niemal jak okręgowe więzienie. Od roku 1918 nie zmieniono tu ani cegiełki, a wszystkie budynki zachowały całe swe ubóstwo. Woda nadal pochodzi tu wyłącznie ze studni. Francesco Forgione był synem rolników. Dziś istnieje ogromna różnica pomiędzy chłopem z Lombardii i Toskanii lub z tym zamieszkującym okolice Benewentu, gdzie w roku 1887 urodził się Padre Pio. By się o tym dowiedzieć, nie trzeba czytać lokalnej literatury z Południowych Włoch ani szukać porównań w historiach Ignazio Silone i Lina Pietravalle, czy też we wspomnieniach Carlo Levi. Prawdopodobnie Padre Pio, przyzwyczajony do modlitwy w szałasie na tyłach ogrodu rodziców, widział niedużą różnicę pomiędzy pustelnią w San Giovanni a swym schronieniem z wczesnego dzieciństwa. Nowicjat franciszkański rozpoczął w wieku lat piętnastu. Nie ulega wątpliwości, że jego oczy nie zostały stworzone po to, by obserwować otoczenie. Ta czy inna cela, ten czy inny zakątek ziemi dla tego prostodusznego człowieka nie stanowił żadnej różnicy? Tylko w sferze spekulacji my, zwykli śmiertelnicy, możemy zastanawiać się nad możliwością wpływu otaczającego krajobrazu na kogoś odizolowanego od świata zupełnie odmiennym sposobem patrzenia. Historia Padre Pio jest powszechnie znana; chorował na gruźlicę; cierpiał na ataki wysokiej temperatury, która czasami sięgała 50°C (122°F). Ciężkiej pracy zawdzięczał możliwość odprawiania Mszy świętej i słuchania spowiedzi. Był szczupłym, niedużym mnichem, ale w chwilach odpoczynku daleki był od melancholii. Nawet gdy już przekroczył wiek 68 lat, będących powolnym i nieubłaganym męczeństwem, nadal był skory do dobrotliwych żartów i wesołych replik, co było tym bardziej obrazowe, że używał rodzimego dialektu. Nie cieszył się nigdy dobrym zdrowiem i wielu z pewnością spodziewało się jego wczesnej śmierci. Dnia 20 września przejeżdżał przez Venafro, gdzie zatrzymał się u rodziny. Spędziwszy popołudnie w swym starym szałasie, wyszedł wykręcając dłonie. Matka widząc jego drżące palce, zapytała żartobliwie: "Co się dzieje, grasz na gitarze?" Padre Pio odrzekł, że czuje w dłoniach ogień, choć na zewnątrz nic nie widać. Dopiero trzy lata później, tego samego dnia, podczas modlitwy dziękczynnej po Mszy świętej, dostał z nieznanej przy-czyny ataku, który sprawił, że klęcząc w ławce osunął się na ścianę. Jeden ze świeckich braci podbiegł, by go wesprzeć i zobaczył, że Padre ma stygmaty. Wiadomość tę trzymano w tajemnicy aż do przyjazdu ojca przełożonego, co nie zmieniło faktu, że na dłoniach, stopach i na boku mnicha widniało pięć krwawiących ran naszego Pana. Od tamtego dnia upłynęło czterdzieści pięć lat, a owe pięć ran nigdy się nie zagoiło; Francesco Forgione dołączył swój bolesny wkład do grupy osób noszących stygmaty. Tylko jeden z nich, św. Franciszek z Asyżu, został uznany przez Kościół, gdyż świadectwo o nim złożył sam papież. Jest jeszcze sześćdziesiąt innych osób, a wśród nich ostatnio beatyfikowana Gemma Galgani. Nazwałem to bolesnym wkładern, gdyż nawet w przypadku tak prostej natury, jaką posiadał mnich z Pietrelcina, ból wywołany przez rany nie był tak dotkliwy jak wrzawa i badania jego przypadku. Kościół nie zdeklaruje się w jego sprawie za życia Padre. Badania medyczne i psychologiczne następują jedne po drugich. Uważa się, że domniemany święty cierpi na tajemniczą chorobę; czynione są różne starania, by dowieść, że jest to histeria, autosugestia lub inny rodzaj nerwicy, która wyjaśniłaby upływ krwi z ran, stóp i boku. Wiara znajduje się gdzieś z boku, oczekując cudów, natomiast nauka w San Giovanni skupia się na analizach chemicznych i badaniach chirurgicznych. Jeśli właśnie tak wygląda droga do świętości, to jest ona męcząca i kłopotliwa. Z jednej strony, nauka przyznaje, że stoi oko w oko z czymś niewytłumaczalnym, z drugiej deklaruje, że wszystko da się wyjaśnić. W przeciągu kilku lat Padre Pio, który nigdy nie opuszcza klasztoru, nigdy nie dyskutuje o swych zmartwieniach, nie wykazuje najmniejszych oznak dumy, staje się centrum kontrowersji pomiędzy tymi, którzy stwierdzają, że w niego wierzą, a tymi, którzy mówią, że by uwierzyć, muszą poczekać na jego śmierć i cud. Wokół Padre, do którego ciągną tłumy, narosła olbrzymia bibliografia, obejmująca grube tomy, broszury, świadectwa, biuletyny, etc. Pielgrzymi nadciągają całymi gromadami tak, że mały kościółek nie jest już w stanie ich wszystkich pomieścić; a wszystko, czego szukają, to modlitwa. Padre Pio nie czeka na śmierć, która ma dowieść, że jego długie męczeństwo było zjawiskiem mistycznym czy też naukową zagadką, jest człowiekiem, który czeka na życie w zaświatach, które według niego jest prawdziwym życiem. Wątpliwości nauki jak i fanatyczna wiara są dla niego niesmaczne, równie trudno jest mu znieść te dwie ekstremalne postawy, W swej olbrzymiej dobroci jest tematem debaty, która trwa od czterdziestu pięciu lat, a w której Kościół zachowuje swój osąd aż do jego śmierci. W międzyczasie jest wciąż pełen życia i wigoru w wypełnianiu misji spowiednika i księdza. Padre Pio słucha spowiedzi przez dziesięć, dwanaście godzin każdego dnia. Penitenci przyjeżdżają z daleka i bliska. Poza kościołem, wzdłuż drogi pnącej się do San Giovanni Rotondo, rodzi się na potrzeby pielgrzymów nowe miasto. Prosperuje dzięki dopływowi wiernych. Nie jest to jeszcze Lourdes z 200 hotelami i 2000 sklepów z dewocjonaliami, ale są tu już schroniska św. Franciszka, kilka gospód oraz sklepików sprzedających zdjęcia, święte obrazki i książki o tematyce religijnej. Jest to małe miasteczko podobne do tych, które powstają w Afryce wokół stacji benzynowych dla samochodów wojskowych. Padre Pio od trzydziestu siedmiu lat żyje w odosobnieniu pomiędzy ołtarzem a konfesjonałem, spoglądając jedynie na wznoszący się ku górze sześciopiętrowy szpital. Nie przerwał tej izolacji przez trzydzieści pięć lat; nie zmienił się też, pomimo sławy jej stróża, mały kościółek, w którym nie przesunięto żadnego obrazu ani draperii, jest on i na zawsze pozostanie nieskończenie ubogi. Miasto Najłaskawszej Pani powstaje na własny rachunek, podobnie jak przed stu laty Lourdes. Mnisi strzegą przed chuliganami bram klasztoru i chronią swego wybrańca przed wszelkimi niepokojami. Wyglądają dokładnie tak jak przed laty, szybko przemieszczając się wśród tłumu, niczym pasterze kierujący stadem. Powiedzieli mi; że są świadomi, iż nie są święci, gdyż często tracą cierpliwość, a czasami mają wręcz ochotę użyć pięści, by bronić Padre przed fanatycznymi gośćmi. Polubiłem tych mnichów, z ich siwymi, krótkimi bródkami, opalonymi twarzami, południowymi odzywkami oraz świętym zapałem i oddaniem. Dla nich świat zaczyna się na stopniach kościoła, który nie chełpi się ani brązem, ani marmurem, ani też żadnymi złoceniami. Ich misją jest bronienie "Świętego", a ktokolwiek czytał Biblię, zapamiętał z pewnością apostołów chroniących Pana przez tłoczącymi się wokół Niego tłumami. Orio Vergani
|