|
Ojciec Pio w wojsku
Pierwsza wojna światowa zmieniła oblicze Europy: zniknęły tysiącletnie imperia, w Rosji rozszalał się komunizm, a naukę na szeroką skalę wprzęgnięto w służbę zniszczenia, by przerażona ludność mogła stać się po raz pierwszy świadkiem okrutnych i zbrodniczych działań: samolotów, okrętów podwodnych, czołgów, karabinów maszynowych i gazów bojowych. Papież Pius X miał odwagę nazwać tę wojnę nieludzką rzeźnią. Po latach, które Ojciec Pio spędził nękany licznymi cierpieniami fizycznymi i duchowymi - pomiędzy rodzinną Pietrelciną, a wieloma klasztorami, do których władze zakonne wysyłały go na próbę, szukając najlepszego miejsca, gdzie czułby się wystarczająco dobrze, dołączyło kolejne cierpienie: wiadomość o powołaniu do służby wojskowej. W 1914 r. Włochy znalazły się w stanie wojny, którą zresztą wcześniej przewidział młody wówczas zakonnik z Pietrelciny - Ojciec Pio. Do wybuchu wojny doszło, mówił, ponieważ Wiochy miały wiele rachunków do wyrównania z Bogiem i konieczna była zbawienna czystka. Mimo to, wojna obudzi we włoskich sercach wiarę, znajdującą się do tej pory w kąciku serca, uśpioną i przygniecioną przez najgorsze pragnienia; także sprawi, że w Kościele Bożym z na wpół wyschniętej i stwardniałej ziemi wyrosną przepiękne kwiaty; ale - Mój Boże - zanim to nastąpi, jakże wielka próba nas czeka! Wielokrotnie modlił się i błagał Jezusa, aby ustały cierpienia wojenne, lecz Jezus wciąż dawał mu znaki, by jeszcze modlił się i czekał. Liberalno-masońskie rządy Włoch zmuszały do służby wojskowej księży i zakonników. Ojciec Pio również został powołany do wojska dnia 6 listopada 1915 r. Jego książeczka wojskowa miała numer 12094. Oficerowie werbunkowi, mimo iż zapoznali się z informacjami o jego złym stanie zdrowia, to jednak postanowili skierować go do piechoty. Poborowy odmówił pójścia na front. Jako zakonnik i kapłan poprosił o możliwość odbycia służby w formacji medycznej. Oficer jednak zagroził mu uznaniem go za dezertera. Wtedy to usłyszał: Jak możecie mówić, że jestem dezerterem, skoro stoję tutaj! Po tych słowach skierowano go do X Neapolitańskiej Kompanii Medycznej. Mundur jednak nosił bardzo krótko, bo już po paru miesiącach tajemniczej choroby i rekonwalescencji w szpitalu wojskowym, został wysłany na półroczny urlop. Ponownie Ojciec Pio został wezwany do służby wojskowej 30 czerwca 1917 r., lecz tym razem do jednostki dotarł z dwumiesięcznym opóźnieniem. Powodem była administracyjna pomyłka. Kiedy bowiem po sześciu miesiącach od daty opuszczenia szpitala schorowany zakonnik miął się stawić kolejny już raz do swego oddziału w Neapolu, to do komendanta posterunku w Pietrelcinie dotarł nakaz odszukania Franciszka Forgione, którego uznano za dezertera. Co więcej, komendant Pietrelciny nie znal nikogo o takim imieniu i nazwisku. Z pomocą przyszła Felicja Forgione, która, przypadkowo poznawszy problem żandarma, oznajmiła, że to jest jej brat i że przebywa obecnie w klasztorze w San Giovanni Rotondo. Przesłano więc nakaz pod wskazany adres. Jakie było zdziwienie, kiedy nadeszła odpowiedź, iż w San Giovanni Rotondo nikt o takim nazwisku nie przebywa. Kolejny przypadek sprawił, iż dopiero rozmowa żandarma z furtianem klasztoru doprowadziła do wyjaśnienia, iż Franciszek Forgione to Ojciec Pio. Uznany za dezertera, miał być aresztowany przez karabinierów i postawiony przed sądem wojskowym. Kiedy jednak stanął przed dowódcą jednostki wyciągnął z kieszeni zaświadczenie, w którym było napisane, że po wykorzystaniu sześciomiesięcznego urlopu ma czekać na dalsze rozkazy. Zastosowałem się do tego - odpowiedział dowódcy - dopiero wczoraj doręczono mi rozkaz, że mam natychmiast stawić się w jednostce. Więc jestem. Na szczęście sprawa się wyjaśniła i wobec Ojca Pio nie wyciągnięto żadnych konsekwencji. Wojna toczyła się jednak dalej, a szeregowy Franciszek Forgione z powodu nieznanej bliżej choroby i wysokich gorączek kursował między swoim oddziałem a klasztorem w San Giovanni Rotondo. Jego wojskowa służba polegała na byciu wartownikiem, gońcem czy śmieciarzem. W tym czasie bardzo wychudł i osłab). Krótki okres służby wojskowej był dla niego istną Golgotą. Pomimo złego stanu zdrowia pielęgniarki nakazywały mu rąbanie drzewa, a pielęgniarze zakładali się między sobą o wysokość jego gorączki. Wokół kwitła rozwiązłość, wszechobecne było wulgarne słownictwo koszarowe i bluźnierstwa. Najboleśniej jednak przeżywał Ojciec Pio niemożność odprawiania Mszy św. i praktykowania życia zakonnego. Mimo to, w jednym ze swoich listów napisali Dla wielu wojna będzie kamieniem, o który się przewrócą, dla wielu innych będzie jednak zbawiennym lekarstwem, które im pozwoli odzyskać zdrowie. Cierpiał z powodu obrażania Boga, a równocześnie bolał nad ludzkim zatraceniem. W swoim oddziale znany był z niezwykłej pokory i łagodności, dlatego też dla niektórych żołnierzy stal się popychadłem i kozłem ofiarnym, kimś, kto musi za innych wykonywać najniewdzięczniejsze prace. Poddawany licznym badaniom i kontrolom, 18 marca 1918 r. został wreszcie odesłany do domu, aby według opinii wojskowych lekarzy, mógł spokojnie umrzeć. Tak się jednak nie stało. Nasz zakonnik pomimo tak wielkiego cierpienia fizycznego i moralnego jakie go spotkało podczas służby wojskowej, stwierdzi), iż ten czas był lepszy od rekolekcji. W koszarach miał bowiem wiele do zrobienia w dziedzinie apostolatu. Przyjeżdżali tam młodzi, zagubieni i przestraszeni chłopcy i dziewczęta, często wyrwani z własnych środowisk, narażeni na utratę wiary, na prowadzenie niemoralnego życia. Ojciec Pio mógł i stara) się swoją osobą wskazywać, właśnie tym ludziom, na miłość do ojczyzny i na miłość do Chrystusa Cierpiącego. W jednym ze swoich listów napisał: "jeśli woła nas ojczyzna, powinniśmy być posłuszni jej wezwaniu oraz każdy z nas powinien zrobić to, co do niego należy, w miarę swoich sił". Na froncie znalazł się przynajmniej jeden raz i to za sprawą bilokacji, by ratować życie głównodowodzącemu Włoskich Sil Zbrojnych, generałowi Cadornie. Generał po nieudanej obronie pod Caporetto i po pozbawieniu go dowództwa, postanowi) odebrać sobie życie. Kiedy przykładał pistolet do skroni, otworzyły się drzwi i ukazał się w nich brodaty zakonnik, który po przekonaniu go, aby nie odbierał sobie życia, wyszedł tak samo, jak wszedł. Cadorna otrząsnąwszy się z zaskoczenia, wezwał wartownika, po czym mocno go zrugał za to, że nie wykona) rozkazu, według którego miał nikogo nie wpuszczać. Żołnierz zaklinał się na wszystkie świętości, iż nikogo nie widział i nikogo nie wpuszcza), podobnie twierdzili pozostali wartownicy. Skonsternowany generał postanowił zapomnieć o tym wydarzeniu. Po wielu latach od tego wydarzenia Cadorna natknął się w gazecie na zdjęcie Ojca Pio i rozpozna) w nim zakonnika, który odwiedził go podczas tamtej dramatycznej nocy. Zaraz też przyjechał do San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio odnalazł go w tłumie, zatrzymał się, a następnie powiedział: Generale, tamtej nocy przeżyliśmy przykre chwile, prawda? Szeregowy Franciszek Forgione, kapucyn z klasztoru w San Giovanni Rotondo, przez dwa lata służy) swojej ojczyźnie i składał za nią w ofierze samego siebie. Trudny czas wojny i służby wojskowej nie był dla niego czasem zmarnowanym i bezużytecznym, choć zapewne było mu bardzo ciężko. To tam uczył się trudnej miłości do ojczyzny i jeszcze trudniejszej miłości do grzeszników. Czas jego żołnierskiej doli i niedoli stal się czasem jego osobistego uświęcenia. z nr "4/2000 "Głos Ojca Pio" O.Błażej Strzechmiński OFMCap |