|
Cierpię z Jezusem i tak jak Jezus
Co pewien czas słyszymy o ludziach obdarzonych dziwnymi właściwościami lub nadzwyczajnymi znakami, o pojawieniu się jasnowidzów, wizjonerów, proroków z katastroficznym lub apokaliptycznym przestaniem dla ludzkości, a nawet mistyków i stygmatyków. Ściągają na siebie uwagę mediów, obnoszą się ze swoją szokującą nadzwyczajnością i zarabiają na naszej naiwności bądź głupocie niezłe pieniądze.
Potrzeba czujności i roztropności, by odróżnić człowieka obdarzonego przez Boga od oszusta czy mistyfikatora. Św. Jan w swych listach zachęca do badania duchów i szukania prawdy, by nie ulec złudnym obietnicom i nie popaść w moc szarlatanów. Kim był Ojciec Pio: oszustem czy wiarygodnym stygmatykiem? Do dziś wielu stawia sobie to pytanie i poszukuje na nie odpowiedzi. Spróbujmy i my jej poszukać. Trzeba zauważyć i zaznaczyć, że moc laski Bożej, która pociągała Ojca Pio do wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem, tak upodobniła Błogosławionego Zakonnika do Mistrza z Nazaretu, iż na jego ciele pojawiły się widzialne znaki Męki Chrystusa. Końcowym etapem duchowej przemiany Stygmatyka z San Giovanni Rotondo były zranienia i rany miłości. Zranienia były wewnętrzne i pozostawały niewidoczne, natomiast rany miłości były głębokie, długotrwale i ujawniały się na zewnątrz w postaci przebitego serca (transwerberacja), ran na obu rękach i nogach oraz boku (stygmatyzacja). Do transwerberacji u Ojca Pio doszło 5 sierpnia 1918 roku. Zakonnik opisał to zjawisko swojemu kierownikowi duchowemu: Spowiadałem naszych chłopców wieczorem 5 sierpnia, kiedy zostałem nagle napełniony krańcowym lękiem na widok niebiańskiej postaci, która ukazała się oczom mej duszy. Trzymała w ręce coś w rodzaju broni podobnej do bardzo długiej włóczni, mającej grot dobrze wyostrzony i wydawało się, że z tego szpica wydobywał się ogień. Widzenie tego wszystkiego i baczna obserwacja wspomnianej osobistości, która rzuca z całą gwałtownością w duszę wspomnianą broń, było czymś zupełnie jednym. Z trudem wydałem jęk i czułem, że umieram... Ta męka trwała nieprzerwanie do 7 sierpnia... Od tego dnia zostałem śmiertelnie zraniony. Czuję w głębi duszy ranę, która jest otwarta i która sprawia, że ustawicznie doznaję strasznych katuszy. Skutki tych ran stały się bardziej dotkliwe po otrzymaniu stygmatów. Zjawisko stygmatyzacji dokonywało się etapami, a pierwsze jego oznaki wystąpiły u Zakonnika na początku września 1910 roku na Piana Romana, w niecały miesiąc po święceniach kapłańskich. Wkrótce jednak zniknęły, pozostawiając po sobie ból i cierpienie. Zjawisko to powtarzało się z różną częstotliwością i intensywnością w określonych dniach tygodnia przez następnych osiem lat. Bolesna tragedia trwa dla mnie od czwartku wieczorem do soboty, a także we wtorek. Wydaje się, że moje serce, ręce i stopy przeszywa miecz - tak wielki jest ból, który odczuwam - napisał w jednym z listów Ojciec Pio. Stygmaty stały się widzialne 20 września 1918 roku. Ojciec Pio klęczał samotnie w chórze zakonnym i odprawiał dziękczynienie przed krucyfiksem. Podczas modlitwy ogarnęła go senność i poczucie głębokiego spokoju. Ujrzał przed sobą tajemniczą postać, którą wcześniej widział w podobnych okolicznościach 5 sierpnia tego samego roku. Tym razem jej ręce, stopy i bok ociekały krwią. Ogarnęło go przerażenie. Wizja zniknęła, a Zakonnik zauważył, że jego ręce, nogi oraz bok zostały przebite i krwawią. Ojciec Pio poinformował o tym wydarzeniu najwyższego przełożonego Zakonu za pośrednictwem swojego prowincjała, który dokonał opisu zjawiska: Nie są to plamy ani też odciśnięte ślady, lecz autentyczne rany na wylot. W boku zaś widnieje istne rozdarcie, z którego nieustannie wypływa krew bądź krwawa ciecz. Ojciec Paulin, który oglądał ranę serca stwierdził, że kształt rany boku, który widać po stronie serca ma kształt litery "X" i ma ona wygląd ciężkiego i głębokiego oparzenia. Pozostałe rany miały kształt kolisty, wyraźne obrzeża, średnicę ponad dwa centymetry i dość obficie krwawiły. Władze zakonne, za zgodą władz kościelnych, postanowiły przeprowadzić badania lekarskie by uzyskać opinię medyczną na temat źródła i przyczyn zaistniałych ran na ciele Zakonnika. Pierwszym lekarzem, który badał stygmaty Ojca Pio, był profesor Luigi Romanelli, który w swoim sprawozdaniu napisali Obrażenia widoczne na dłoniach pokryte są błoni czerwonobrązowej barwy bez punktu krwawiącego i opuchlizny. Brak również śladów zapalenia sąsiednich tkanek. Przekonany jestem, a wręcz pewny, iż nie są to rany powierzchniowe, gdyż przyciskając równocześnie dłoń kciukiem, zaś palcem wskazującym wierzch ręki czuje się wyraźnie, iż w środku jest puste miejsce. Obrażenia stóp mają podobny charakter. W boku istnieje wyraźne nacięcie, równolegle do żeber, długie na siedem do ośmiu centymetrów. Podobne opinie wyrazili inni lekarze: profesor Amico Bignami, kierownik Katedry Patologii na Uniwersytecie Rzymskim i doktor Giorgio Festa. Wątpliwości co do natury ran Ojca Pio wprowadził profesor Bignami, który stwierdził, że mają one charakter patologiczny, wynikający z autosugestii i są wspomagane środkiem chemicznym, na przykład jodyną. Również światowej sławy lekarz i psycholog, o. Agostino Gemelli, założyciel mediolańskiego Uniwersytetu Katolickiego Najświętszego Serca, negatywnie ustosunkował się do stygmatów i osoby Ojca Pio. Opinii tej nie wyraził w oparciu o badania lekarskie, których nigdy nie przeprowadził, lecz zaufał swojemu medyczno-psychologicznemu wykształceniu. Był pod wielkim wrażeniem nauk medycznych i parapsychologii, które wskazywały, iż podobne rany mogą być wywołane histerią lub autosugestią podobną do ideoplastii, wynikającej z interakcji umysłu z materią. Sprzeciwili się tym opiniom pozostali lekarze, którzy przez badania i eksperymenty medyczne stwierdzili wielokrotnie, że rany nie powstały na skutek doznanych obrażeń, ani w wyniku podrażnienia substancją chemiczną, lecz pojawiły się nagle wraz z bólami i krwotokiem. Z naukowego punktu widzenia były niewytłumaczalne. Przez pięćdziesiąt lat rany Ojca Pio nie ulegały infekcji, rozkładowi, zapaleniu ani innym zmianom chorobowym, pozostając w niezmienionym kształcie, nie zabliźniając się i nie wydzielając przykrego zapachu, przeciwnie - miłą woń. Były zjawiskiem o cechach przekraczających prawa przyrody, a po śmierci Zakonnika zniknęły nie pozostawiając na jego ciele nawet najmniejszego śladu ani blizny. Wicepostulator sprawy beatyfikacyjnej Ojca Pio, o. Gerardo di Flumeri z klasztoru w San Giovanni Rotondo, wysunął cztery opinie na temat stygmatów i ich zniknięcia: były znakiem uwierzytelniającym kapłańskie posłannictwo charyzmatycznego Zakonnika; potwierdzały też teologiczną prawdę o zmartwychwstaniu umarłych i przywróceniu integralności ludzkiego ciała; były świadectwem śmierci z miłości i potwierdzały, że Bóg wysłuchał prośby swego sługi, by Stygmaty zniknęły. Same stygmaty były ogromnym zaskoczeniem dla Zakonnika z Pietrelciny, który ich nie pragnął, ale chciał żyć miłością i ofiarą. Dlatego starał się je ukryć, czuł się nimi zawstydzony i upokorzony: Błagam Pana, by nie poniżał i nie zawstydzał mnie przez te zewnętrzne znaki. O, gdyby tak Pan zechciał zesłać na mnie największy ból i cierpienie, ale by go nie ujawniał przez zewnętrzne znaki. Ojciec Pio unikał rozgłosu i sławy, pragnął cierpieć w cichości ze swym Mistrzem, dlatego stygmatyzowane ręce ukrywał w rękawiczkach bez palców i czynił wszystko, by nikt ich nie oglądał. Również nie dawał po sobie poznać, że bardzo cierpi, chociaż świadkowie zauważyli, iż rany sprawiają mu ogromny ból: Ojciec okrutnie cierpi z powodu stygmatów, ale jest prawdziwym artystą w ukrywaniu tego. Dla Ojca Pio stygmaty były nie tylko jego własnością, lecz także ranami Chrystusa, którym oddawał cześć i pozwalał je całować, co było wielkim przywilejem. Pojawienie się stygmatów jeszcze bardziej pogłębiało więź Zakonnika z Jezusem. W listach do swych kierowników duchowych zaznacza: ...cierpię z Jezusem i tak jak Jezus. Stygmaty przyrównał do ukrzyżowania, podobnego do tego, o którym pisał święty Paweł w swoich Listach: Tak potwierdza się na mnie to, co powiedział Apostoł: "Noszę w sobie śmierć Chrystusa... gestem z Nim przybity do krzyża". Ojciec Pio poprzez stygmaty upodobnił się widzialnie do Tego, któremu złożył się cały w ofierze. Realne, krwawiące i dające się zbadać rany, były znakiem ukazującym światu prawdziwą tożsamość sługi Jezusa, który chciał być żertwą ofiarną i stać się alter Christus. Czy jednak te refleksje na temat wielkiego mistyka XX wieku, jedynego kapłana w historii Kościoła obdarzonego stygmatami są w stanie przekonać nas o wiarygodności jego misji i przesłania? Dla wątpiących z pomocą przychodzi beatyfikacja Zakonnika, która zamyka usta niepewności, a otwiera serce przepełnione wdzięcznością. |