dzielnik
[Powrót] [Kapucyni]
O tym też trzeba przeczytać

Dziś można spokojnie przyjeżdżać do San Giovanni Rotondo [6 milionów rocznie] - a jak było wcześniej???
Kto zabraniał kontaktu z Ojcem Pio???

tłumy
Kiedy nierządnica, nie będąc zaproszona, nędznie ubrana i cała we łzach, weszła do sali biesiadnej, aby wylać drogocenny olejek na głowę Jezusa, wszyscy obruszyli się na nią. Pan jednak uciszył ich: "Zaprawdę powiadam wam, gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię,
będą również opowiadać na jej pamiątkę to, co uczyniła" (Mt 26,13). Ktoś taki był obecny także w życiu Ojca Pio. Gdy do niego wtargnął, wielu zgorszyło się z powodu jego przeszłości. Nie sposób jednak opowiedzieć bez niego historii stygmatyzowanego zakonnika.

dzielnik


Nazywał się Emmanuele Brunatto, rocznik 1892. Jego życie było barwne i pełne przygód. Towarzyszył Ojcu niczym wierny pies przez całe jego życie, pokazując zęby wszystkim, którzy go atakowali, interweniując osobiście, czasami bardzo gwałtownie, kiedy zakonnik rezygnował z obrony.

Rozwiązły syn przyjaciela Don Bosco, w młodym wieku uciekł z domu i ożenił się z kobietą podejrzanej konduity, której siostry trudniły się nierządem, a brat odbywał karę ciężkiego więzienia za przynależność do organizacji przestępczej. Była od niego starsza o jedenaście lat. W czasie wojny, będąc w partyzantce, robił pieniądze na przemycie, po wojnie - na czarnym rynku. W tym czasie żył jak krezus, utrzymując kilka kochanek. Skazany przez sąd w Turynie za płacenie czekami bez pokrycia, w niewyjaśniony sposób uniknął więzienia, musiał jednak uciekać.

Zadurzył się następnie w pewnej tancerce rewiowej, porzucił żonę i zaczął objeżdżać Włochy w towarzystwie tancereczki. Kochanka śpiewała, on zaś tańczył przed spektaklem. W Girgenti na Sycylii został aresztowany za rzucony w teatrze żart: "pada, co za cholerny rząd". Rejonowy komisarz policji nie miał za grosz poczucia humoru i Brunatto, żeby uniknąć więzienia, musiał ratować się podstawiając kochankę, której wdzięki czasowo oślepiły innego funkcjonariusza policji. W Kataniii zastał swoją aktoreczkę w pokoju hotelowym zajętą zaskarbianiem sobie względów handlarza alkoholem. Brunatto nie tracił czasu na sceny zazdrości. Korzystając z pośrednictwa aktora Angela Musca skorzystał z okazji, aby zmienić fach.

Został wspólnikiem bogatego handlarza i przez pewien czas żeglował pełną parą na morzu interesów. Nie trwało to długo. Kolejna historia z czekami bez pokrycia zamieniła jego i eks-aktoreczkę w dwa niebieskie ptaszki, które co rychlej odfrunęły do Neapolu, gdzie niestety z trudnością wiązały koniec z końcem, dzięki temu, że aktoreczka zamieniła się w tym czasie w krawcową.

Raz na wozie, raz pod wozem. Emmanuele Brunatto, człowiek dysponujący niewyczerpanymi pokładami inwencji, znalazł sposób na rozbudowę małego zakładu i na przemienienie go w salon mody, odwiedzany przez śmietankę towarzyską Neapolu. Za swoje projekty otrzymał nawet pochwałę króla Wiktora Emmanuela. W wieku trzydziestu lat przeżył niespodziewanie kryzys wewnętrzny.
Nie wiemy, czy przyczyniły się do niego modlitwy jego ojca (będącego - jak pamiętamy - duchowym synem Don Bosco), a może odezwała się w końcu jego naturalna szlachetność, cnota, dzięki której ktoś jest "mężem wielkiego ducha", i to we wszystkich rzeczach, zarówno dobrych, jak i złych.

Jakiekolwiek były tego przyczyny, porzucił wszystko i przyjechał do San Giovanni Rotondo. Nawrócony już przedtem przez Ojca Pio (który, widząc go po raz pierwszy, zaszczycił go spojrzeniem naprawdę strasznym, co wywołało ogromny lęk Brunatta) , powrócił niestety do dawnego stylu życia w Neapolu. W tym czasie miejsce, jakie zajmował w sercu swej kochanki, zajął pewien bogaty przemysłowiec. Brunatto niezbyt opłakiwał utraconą miłość i wykorzystując swe niezwykłe talenty został wspólnikiem rywala.

Był to czas, w którym "usidlił" go Ojciec Pio. Często ukazywał mu się we śnie, napominając go. Przyjechał jeszcze raz do klasztoru, samotny i zrozpaczony szwendał się po polach, pogrążony w tajemniczym a niewymownym smutku. Z dochodzącą do czterdziestu stopni gorączką i dreszczami przyszedł w końcu do Ojca. Zakonnik wyspowiadał go i udzielił mu rozgrzeszenia (musiał jednak kilkakrotnie powtórzyć formułę rozgrzeszenia, jakby coś mu przeszkadzało), potem nakazał, aby umieszczono go w sąsiedniej, pustej celi i zatroszczył się o niego.

Od tej pory Emmanuele Brunatto stał się cieniem Ojca Pio, całującym co najwyżej skraj jego habitu. Ściągnął do San Giovanni Rotondo także swoją kochankę. W dwóch pokoikach żyli jak rodzeństwo (wymowny szczegół: za jej oknem uwiły sobie gniazdo sowy; za jego natomiast - sępy). Przez jakiś czas ekskochanka Brunatta uczyła wiejskie dziewczyny krawiectwa, widząc jednak, że kilku młodzieńców oficjalnie poprosiło "brata" o jej rękę - wolała wyjechać. Brunatto pozostał, aby pościć, biczować się i spać na drewnianym krzyżu leżącym na ziemi.

Ponieważ nie było siły zdolnej do oderwania go od Ojca, prowincjał, biorąc pod uwagę jego znajomość języków, zaproponował mu, aby pozostał w klasztorze jako nauczyciel francuskiego. Otrzymał klucze do klasztoru i przebywał w nim przez dwa lata, służąc do Mszy świętej odprawianej przez Ojca, idąc za nim wszędzie niczym pies. Każdego ranka budziły go trzy tajemnicze stuknięcia (anioł stróż Ojca Pio czy jego osobisty?). Rozpoczynał dzień od przygotowania ołtarza dla Ojca, który nazywał go żartobliwie policjantem (jak się okazało - bardzo proroczo). "Kiedy w końcu zdecydujesz się na wstąpienie do zakonu?" - pytał go przełożony. Interweniował wówczas Ojciec Pio: "Nigdy! Ten człowiek gotów jest podpalić świat!"
    Rzeczywiście, kiedy zaatakowano "jego" Ojca Pio, zapalił świat. W 1923 roku arcybiskup Manfredonii zabronił przyjmowania w klasztorze sympatyków Ojca Pio i Brunattowi musiano pokazać drzwi. Zabroniono mu także spowiadania się u Ojca, a nawet wchodzenia do kościoła. Ojciec Pio zatem przestał go przyjmować, kiedy jednak nakazano mu, aby oddalił go od siebie całkowicie - odmówił: "To nie zależy ode mnie. I w jakim charakterze miałbym to zrobić!?"
Brunatto robił, co mógł, ponieważ nie chciał oddalić się od Ojca, zarazem jednak nie mógł okazać nieposłuszeństwa. Zamieszkał zatem w kurniku, tuż przy klasztorze, ale nie będącym częścią klasztoru, nie znajdującym się zatem pod władzą arcybiskupa. Mieszkał w nim przez kilka miesięcy, odbierając miejsce kurom, potem przeniósł się do Pietrelciny, gdzie zamieszkał w pobliżu domu rodziców Ojca.

Tutaj znalazł go don Orione, który przyjechał w odwiedziny do Forgionich w 1922 roku. W 1932 roku Brunatto nagle zniknął. Niektórzy twierdzili, że pojechał do Francji. Przez cały ten czas był "policjantem" Ojca Pio. On właśnie walnie przyczynił się do aresztowania szantażysty, autora słynnych kompromitujących materiałów.

Teraz jednak Brunatto wstąpił na wojenną ścieżkę. W krótkim czasie zgromadził sążnistą dokumentację dotyczącą księży tworzących klikę arcybiskupa Gagliardiego, a następnie przekazał ją don Orionemu. Święci rozumieją się między sobą. Don Orione (nigdy nie odwiedził Ojca Pio, co nie przeszkadzało mu twierdzić, że "współpracował z nim") poradził Brunattowi, aby w jego imieniu udał się do kardynała Merry del Val i aby przy tej okazji nie zapomniał o ucałowaniu skraju jego sutanny, podobnie jak całował habit Ojca Pio (don Orione oczywiście nie miał prawa znać tego szczegółu, jak już jednak powiedzieliśmy, święci to są święci i tyle).

Brunatto skrupulatnie wykonał polecenie. Mało tego, odwiedził prawie wszystkich watykańskich dostojników. Jedni nie szczędzili mu słów zachęty, inni nie maskowali zbytnio wrogości. Brunatto udał się nawet do Gemellego, ale, jak było do przewidzenia, niczego nie wskórał.

Wtedy nowy Flambeau wymyślił nowy sposób obrony swojego Ojca Browna [mowa o bohaterach popularnego cyklu powieściowego znanego pisarza angielskiego Gilberta Keitha Chestertona, którego bohaterami są Ojciec Brown i jego sługa Flambeau - przyp. tłum.] . Brunatto napisał książkę, w której umieścił wszystko, daty, cyfry, wszystkie świństwa. Dał ją do przeczytania don Orionemu, który przekazał ją, komu należało. Bez efektu, niestety. Nie pozostało mu zatem nic innego, jak poradzić Brunattowi, aby opublikował ją w całości. Książka ukazała się pod pseudonimem i natychmiast znalazła się na indeksie ksiąg zakazanych, co jednak miało tylko ten skutek, że stała się popularniejsza.

W końcu do San Giovanni Rotondo przybył wizytator wielebny Bevilacqua. Idąc za radą don Orionego, rozmawiał także z Brunattem. Była to misja urzędowa, do której zapewne przyłożył rękę także kardynał Merry del Val. Niestety, być może wskutek zachwiania równowagi sił na Watykanie, Bevilacqua został odwołany (co oznaczało także klęskę Brunatta).

W lipcu 1928 roku wielebnego Bevilacquę zastąpił wielebny Bruno. Sześciu wrogo nastawionych do Ojca Pio kanoników napisało list do Kongregacji ds. Kleru, wspominając w nim między innymi o tym, że arcybiskup Manfredonii osobiście widział zakonnika perfumującego się. Jak już wiemy, było to kłamstwo. Później dwóch spośród autorów tego listu odwołało swoje oszczerstwa. Niemniej wizyta wielebnego Bevilacquy została odebrana jako zbyt korzystna dla Ojca Pio (czy jednak mogła być inna, skoro fakty mówiły same za siebie?) i ktoś w Pałacu Apostolskim uznał, że ludzi uważanych za świętych i sławnych łotrów należy trzymać od siebie jak najdalej. Bevilacqua korzystał ze współpracy Brunatta, w czasie wizytacji mieszkał w domu należącym do Mary Pyle (o której jeszcze powiemy). Niektórzy podawali zatem w wątpliwość jego bezstronność.

Owa Mary Pyle, która udzieliła gościny wielebnemu Bevilacqua, była Amerykanką, bogatą dziedziczką, która osiedliła się w San Giovanni Rotondo, by być blisko Ojca. Piękna i znudzona życiem, zakochała się, jak wielu innych obcokrajowców, we Włoszech. Studiowała pedagogikę i utrzymywała kontakty ze słynną Marią Montessori, której twarz możemy podziwiać na banknotach tysiąclirowych [włoska lekarka i pedagog (1870-1952) , twórczyni systemu wychowania przedszkolnego, nazwanego jej imieniem, polegającego na zostawieniu dziecku jego spontanicznej aktywności i maksymalnej swobody. W 1907 roku założyła w Rzymie pierwsze przedszkole, w którym wykorzystywano jej system, a które dało początek nowemu typowi przedszkola - przyp. tłum.]. W rzeczywistości Pyle ("szalona Amerykanka" albo po prostu "Amerykanka", jak będzie później nazywana) uciekała od ludzi. Chciała za wszelką cenę zapomnieć o nieodwzajemnionej miłości.

W San Giovanni Rotondo znalazła prawdziwą i wieczną miłość. Wstąpiła do Świeckiej Rodziny Franciszkańskiej i osiedliła się blisko Ojca (który, jak to zwykle bywało, widząc ją po raz pierwszy - wyrzucił ją). Usiłowania rodziny, aby sprowadzić ją z powrotem, okazały się płonne. Miała już nigdy nie ujrzeć Ameryki. Ofiarowała sporą sumę pieniędzy na budowę klasztoru kapucyńskiego w Pietrelcinie (którego istnienie przepowiedział Ojciec Pio, będąc jeszcze młodym zakonnikiem, czym zirytował wuja Pannullo i przyjaciół) ; założyła także chór dziewczęcy w San Giovanni Rotondo, którym osobiście dyrygowała w czasie Mszy świętej. Jej dom stał się punktem przyjęć i pomocy dla wielu ludzi udających się z wizytą do Ojca Pio, a także dla rodziców zakonnika w ostatnich latach ich życia.

Wielebnemu Bruno, wizytującemu klasztor, nie sposób było niczego zarzucić również dlatego, że jego przyjazd miał inny cel: za wszelką cenę wyciszyć skandal wokół "kliki wesołych księży", których wybryki przybrały taki rozmiar, iż nie sposób było dalej udawać, że się ich nie zauważa. Dokumentacja przygotowana przez Bevilacquę mogła zostać poszerzona o materiały zebrane przez Bruna. Wszystkie dokumenty zostały przesłane do innej kongregacji i tam pogrzebane. "Smiało, moi panowie, nic się nie stało, proszę się nie gromadzić..."

Czy jednak naprawdę nic się nie stało? Nawet śmierć mamy Peppy? Biedna kobieta od lat nie widziała syna, a gazety zawierające wiadomości o jego prześladowaniu docierały także do Pietrelciny. W końcu na Boże Narodzenie w 1928 roku mogła udać się do San Giovanni Rotondo. Na stację wyszła po nią Mary Pyle. Padał wtedy śnieg. Pyle ofiarowała jej ciepłe ubranie, ale mama Peppa zdecydowanie odmówiła. Nie chciała, aby syn widział ją ubraną niczym wielka dama. Miała na sobie swoją zwykłą bawełnianą suknię, na którą zwyczajem wiejskich kobiet narzuciła chustę.
To było wszystko.

Zanim w klasztorze zdecydowano się umożliwić jej spotkanie z synem, minęło kilka dni, ponieważ dekrety Swiętego Oficjum obejmowały także ją. W imieniu wszystkich krewnych ucałowała jego przebite ręce i w końcu chciała uczynić to w swoim własnym imieniu, on jednak odmówił: "Czyś kiedykolwiek widziała, aby matka całowała ręce syna? To syn powinien całować dłonie matki" (w południowych Włoszech całowanie dłoni jest oznaką najwyższego szacunku).

Mama Peppa wróciła do domu Amerykanki w środku burzy śnieżnej i zachorowała. W krótkim czasie znalazła się u kresu życia i tylko z tego powodu pozwolono Ojcu Pio wyjść z klasztoru, aby mógł jej towarzyszyć w ostatnich chwilach życia. Do domu Amerykanki trzeba go było prawie zanieść, ponieważ jak zwykle był chory.
Do ostatnich chwil pocieszał matkę, udzielił jej sakramentu chorych. Zmarła na jego rękach. Czy ten, który uzdrowił tylu chorych, nie miał żadnego cudu dla swojej matki? Mniej więcej to samo mówiono, gdy Chrystus wisiał na krzyżu. Trudno nie zauważyć tego podobieństwa. Był zawsze bardzo przywiązany do mamy Peppy i jego cierpienie było naprawdę wielkie. Przedłużające się napięcie nerwowe połączone z zawsze słabym zdrowiem oraz sytuacja, jaka wytworzyła się w klasztorze, doprowadziły do załamania. Nadeszła jego kolej, aby położyć się do łóżka. Przełożeni jednak nie chcieli o tym słyszeć. Miał wrócić do klasztoru, i to szybko. Współbracia okryli go tak, jak umieli, wzięli pod ręce i poszli w górę, do klasztoru. W czasie drogi trzykrotnie tracił przytomność.

W tym roku jeszcze tylko jeden raz pozwolono mu na wyjście z klasztoru. Lekarzem rejonowym w San Giovanni Rotondo był podówczas doktor Ricciardi, ateista starej daty. Na łożu śmierci zgodził się na spowiedź świętą, ale tylko u Ojca Pio. I tak najpoważniejsi obywatele miasteczka rozpoczęli wywieranie nacisków na przełożonych, aby Ojciec Pio mógł opuścić klasztor. Ricciardi nie tylko się nawrócił, ale także odzyskał zdrowie.
    Jednym z tych, którzy naprawdę brali w obronę Ojca Pio, był don Orione, założyciel Małego Dzieła Bożej Opatrzności, beatyfikowany w 1955 roku. Ten mały człowiek swego czasu nawrócił socjalistę Ignazio Silonego i także miał wiele problemów spowodowanych zwykłą zazdrością i kalumniami. Z Ojcem Pio utrzymywał kontakt na odległość.
Swego czasu przyszedł do niego robotnik ze sparaliżowaną ręką i prosił, aby go uzdrowił, ponieważ nie mógł pracować i jego rodzina cierpiała głód. Don Orione posłał go do Ojca Pio. Ten uśmiechnął się na opowieść robotnika: "Cóż, skoro przysyła cię don Orione..." Wykonał następnie znak krzyża świętego nad ręką, uzdrawiając ją. Don Orione widział się w Rzymie z Ojcem Pio przy dwóch okazjach:
po raz pierwszy w czasie beatyfikacji świętej Teresy z Lisieux,
po raz drugi spotkali się u grobu świętego Piusa X, w przeddzień jego beatyfikacji.
Zakonnik oczywiście nigdy nie ruszył się z klasztoru. Kiedy don Orione opowiadał o swoich spotkaniach z Ojcem Pio papieżowi Piusowi XI, ten powiedział: "Skoro ksiądz mówi, że tak było, to wierzę".

Don Orione nie ograniczył się do udzielania dobrych rad Brunattowi, ale osobiście interweniował u kardynałów w kurii. Jak już widzieliśmy, jego starania zaowocowały, dopiero kiedy udało mu się dotrzeć do Ojca świętego. Don Orione w duchu umiłowania sprawiedliwości nie zatrzymywał się przed niczym.
Prefekt Konsystorza otrzymał od niego wszystkie dokumenty niezbędne do rehabilitacji Ojca Pio. Ten jednak, jakkolwiek uznawał, że sprawiedliwość stoi po stronie pietrelcyńskiego zakonnika, stwierdził, że sprawa ta nie należy do jego kompetencji. Don Orione oświadczył mu wtedy nie bawiąc się w półsłówka, że będzie musiał zdać z tego sprawę przed Bogiem. Dopiero na łożu śmierci kardynał ów wyraził skruchę z powodu swego ówczesnego postępowania i chciał, aby w ostatnich chwilach życia towarzyszył mu właśnie don Orione.

Z początkiem 1931 roku po San Giovanni Rotondo rozeszła się jeszcze raz wiadomość, że Ojciec zostanie przeniesiony, że do klasztoru miał przybyć nowy przełożony, przysłany właśnie w tym celu. Tym razem wiadomość ta była prawdziwa. Generał kapucynów prosił o informacje o sytuacji w San Giovanni Rotondo prefekta Foggii, a ten zawiadomił prowincjała. Szóstego grudnia czujki wystawione przez mieszkańców San Giovanni Rotondo zauważyły wysiadającego z pociągu zakonnika, którego nigdy wcześniej nie widziano w tej okolicy. Chciał on jedynie wyspowiadać się u Ojca, ale nie uwierzono mu. Otoczono go i eskortowano aż do klasztoru. Gdy zaś znalazł się w środku, nie chciał wyjść z niego, obawiając się ludzi, którry formalnie oblegali budynek.

W tłumie rozchodziły się coraz bardziej alarmujące wieści. Ludzie chcieli koniecznie widzieć Ojca, który wyszedł do okna i uspokoił wszystkich, otrzymując sążniste brawa. Nie uwierzono mu jednak, gdyż wiedziano, że kierowany posłuszeństwem zrobi i powie wszystko, o cokolwiek poproszą go przełożeni. Ludzie wykopali słup telegraficzny, zamierzając użyć go jako taranu do wyłamania drzwi klasztonu. Wtargnęli następnie do niego i konieczna była interwencja syndyka, wiernego Ojcu Pio, aby opuścili klasztor. Jednak na wszelki wypadek zakonnik, który na swe nieszczęście traf ł na gorący czas w San Giovanni Rotondo, został odeskortowany przez stróżów prawa aż do Foggii i tam wsadzony do pociągu.

Być może to, co się później zdarzyło, miało na celu oszczędzenie mieszkańcom San Giovanni Rotondo kłopotów spowodowanych ich zachowaniem. Pius XI rozmawiał w swoim gabinecie z kilkoma kardynałami o możliwościach i korzyściach płynących z ewentualnego zasuspendowania Ojca Pio. W pewnej chwili do apartamentów papieskich wszedł jakiś kapucyn, ucałował papieski but i powiedział: "Proszę, aby dla dobra Kościoła Wasza Swiątobliwość nie pozwolił na to". Po czym wyszedł. Zdziwienie, konsternacja. Kto to był? Kto go wpuścił? Nikt nie widział żadnego kapucyna.

Papież wysłał do San Giovanni Rotondo kardynała Silja. Ten stwierdził, że Ojciec Pio nie ruszył się ani na krok z San Giovanni Rotondo. Kiedy kardynał Silj wrócił do Rzymu i opowiedział wszystko papieżowi, Pius XI stwierdził: ,gest w tym palec Boży". Do sprawy ewentualnej suspensy dla Ojca Pio więcej nie powrócono. O wydarzeniu tym opowiadała księżna Silj po śmierci papieża.

Ktoś mógłby w tym miejscu pomyśleć, że całe to gwałtowne zachowanie mieszkańców San Giovanni Rotondo było niezbyt stosowne jak na lud bądź co bądź chrześcijański. Czy jednak jest tak naprawdę? Ujmijmy to tak: Co działoby się z Ojcem Pio, gdyby jego rodacy nie zbuntowali się, ogarnięci świętym gniewem? Próbowano go przenieść całymi latami. Są na to dowody. Jego wyjazd uniemożliwiała jedynie obawa przed reakcją mieszkańców miasteczka.

Przez jaki czas mógłby się ukrywać przed Ludem Bożym, spragnionym łaski i cudów? Może zamknięto by go w jakiejś celi i zamurowano żywcem, jak to czyniono z tyloma świętymi cudotwórcami w przeszłości? Czy jednak można zamurować cuda? A zakładając, że tak, to po co i w czyim imieniu pozbawiać ludzi tych znaków (które są namacalnymi dowodami Bożej Opatrzności)? Może mieszkańcy miasteczka grzeszyli nieopanowaniem, może był to brak roztropności (mowa naturalnie o roztropności-syropie, a nie o cnocie) .
Były to jednak czasy, w których w czasie kazań wyjaśniano jeszcze różnicę zachodzącą pomiędzy "nadstawianiem drugiego policzka" a tchórzostwem. Może byli niewykształceni, ale nie głupi. Ojciec Pio, ich (i nie tylko ich) dobroczyńca, został niesprawiedliwie ukrzyżowany, i to także wewnątrz klasztoru. Znajdował się na celowniku Świętego Oficjum (które zabroniło zakonnikom wyboru rady klasztornej przez cały czas przebywania w nim Ojca Pio) i niejeden brat krzywym okiem patrzył na Ojca Pio, będącego w ich mniemaniu przyczyną wszystkich nieszczęść.

Ojciec Pio godził skłócone rodziny, uzdrawiał nieuleczalnie chorych, wyrzucał diabły opierające się innym egzorcystom, przywracał pokój udręczonym sumieniom, nawracał przestępcze elity. Wskrzeszał także umarłych, jak choćby ciężko chore dziecko, które pewna matka złożyła u jego stóp. Zmarło w pociągu. Biedna, zrozpaczona kobieta zamknęła je w walizce i pokazała Ojcu. Kiedy otworzyła bagaż, świadkowie zdarzenia przerazili się makabrycznym widokiem, Ojciec zaś powiedział jej: ,Jaki tam umarły, czy nie widzisz, że śpi?" Po czym wziął je w ramiona. Teraz było żywe.

I tego Ojca Pio, którego sama tylko obecność była błogosławieństwem dla miasteczka i pewną obroną przed nieszczęściami i klęskami żywiołowymi, chciano im teraz zabrać? Proszę wybaczyć porównanie, ale spróbujcie zabrać krzywą wieżę z Pizy i sprawdźcie, jak pizańczycy zareagują na ten pomysł, skoro wieża jest największym źródłem ich finansowych zysków.

Ojciec Pio zaś w milczeniu dźwigał krzyż. Jeśli chciano go przenieść, był gotów w każdej chwili. "Gdzie jest przełożony, tam jest Bóg" - mawiał. Gdy wydawano mu polecenie przenosin (nieodmiennie odwoływane dzięki krajanom z San Giovanni Rotondo), wstawał i mówił: "Idziemy".

Kiedyś gwardian zwrócił Ojcu uwagę, że jest dwunasta w nocy. Był tak przyzwyczajony do swoich obowiązków, że nie zauważył późnej pory. Jego zwykła wstrzemięźliwość nie zmniejszała się ani na jotę. Pewnego dnia lekarz, jedyna osoba spoza klasztoru mająca pozwolenie na odwiedziny, wciągnął go w rozmowę na tematy kulinarne: "Spaghetti, czy lubi Ojciec spaghetti?" Machając dłonią odparł: "Eee tam".
Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Lekarz pobiegł do rzeźnika, poprosił o zmielenie mięsa, przygotował sos do makaronu i pojawił się z powrotem w celi Ojca z talerzem spaghetti tak pachnącym, że wskrzesiłby umarłego.

Ojciec Pio był bardzo zadowolony. Pobłogosławił nieoczekiwany pokarm, zanurzył w nim widelec, po czym - wprawiając tym lekarza w stan głębokiego osłupienia - zaproponował: "To danie jest zbyt piękne, żebym mógł je zjeść. Zaniesiemy je ubogim".

A Brunatto, eks-Don Juan i zdobywca serc niewieścich, obecnie zaś pies łańcuchowy Ojca Pio? Jak skończyła się historia jego książki? Mówiąc prawdę, została ona poprzedzona opublikowaniem dossier zawierającego wszystkie dane na temat wesołego życia, jakiemu oddawali się księża należący do kliki arcybiskupa Gagliardiego, którzy mieli w dodatku czelność występować jako oskarżyciele Ojca. Przy współpracy syndyka San Giovanni Rotondo Morcaldiego (tego samego, który przekonał rodaków, aby opuścili klasztor) dzieło zostało wydane w Niemczech, a następnie przesłane do władz kościelnych z obietnicą, że jeśli Ojciec Pio zostanie uwolniony od dokuczliwych restrykcji, nie zostanie ono rozpowszechnione. Był to czystej wody szantaż, Brunatta jednak nie wiązały żadne śluby.

Władze kościelne śmiertelnie się przeraziły możliwych skutków opublikowania dossier i natychmiast przyrzekły, że pozostawią Ojca Pio w spokoju. O obietnicy zapomniano, gdy tylko niebezpieczeństwo skandalu zostało zażegnane. Rozwścieczyło to Brunatta i spowodowało opublikowanie wspomnianej książki, umieszczonej zresztą natychmiast na indeksie ksiąg zakazanych. Wydrukowana we Francji książka nosiła tytuł Antychryści w Kościele Chrystusa. Wysłano do niego don Orionego, aby odwiódł go od zamiaru wydawania książki, Brunatto jednak nie ufał nikomu.
To właśnie w tym okresie zezwolono na wizytę w San Giovanni Rotondo przychylnego Ojcu Pio wielebnego Bevilacquy w nadziei, że to ustępstwo powstrzyma Brunatta. Ten jednak nie był skłonny zadowolić się obietnicami i kontynuował rozpoczęte dzieło. Książka ukazała się po francusku, autor natomiast ukrył się pod angielskim pseudonimem. Napisał do niego w końcu sam Ojciec Pio ostrzegając go, że w ten sposób nurza Kościół w błocie. Pisał też, że "Kościół jest matką, nawet wtedy, kiedy wymierza razy".

Czy uwierzycie, że Brunatto nie posłuchał nawet Ojca Pio prąc do przodu jak czołg? To właśnie stanowczość Brunatta była powodem pośpiechu, z jakim Święte Oficjum uwolniło Ojca z nałożonych wcześniej więzów. Miało to miejsce w 1938 roku, roku nadzwyczajnego Jubileuszu Odkupienia, pomyślanego jako jedna z form uzyskania odpustu. Musiało upłynąć jeszcze wiele czasu, zanim Ojciec Pio został całkowicie uwolniony od wszystkich zakazów i ograniczeń. Od tej chwili zakonnik powrócił do intensywnego rytmu spowiedzi. Wydawało się, że za wszelką cenę chciał nadrobić stracony czas.

Pozostanie mu jeszcze rzecz szczególna: surowa i nieufna postawa wobec tych, którzy usiłowali zawrzeć z nim bliższą znajomość. Czy jednak mogło być inaczej, skoro wiedział, że zawsze będzie na celowniku wysoko postawionych wrogów? Każdy uśmiech, każdy czuły gest natychmiast odnotowywano w przesyłanych do Rzymu sprawozdaniach, gdzie znajdowali się ludzie zawsze gotowi do opacznego tłumaczenia sobie jego najlepszych zamiarów. Nic więc dziwnego, że Ojciec Pio zamknął się w swego rodzaju kokonie, a legenda o jego rzekomo trudnym charakterze utrzymuje się również w naszych czasach.

Rino Cammilieri, Błogosławiony Ojciec Pio, wyd SEMEN, 2000